Sny - część II
0
Słyszysz kościelne chóry. Wiesz dobrze, że to nie aniołowie tak cudnie śpiewają, mimo to, ta muzyka cię hipnotyzuje. Wpadasz w nią, wręcz zatapiasz się w morzu sopranów i altów, razem ze statkiem swej świadomości, którym przed chwilą płynąłeś. I otaczają Cię dźwięki, których nie do końca rozumiesz, lecz układają się w swoistą lawinę ukojenia. Niczym święcona woda obmywają Twe rany, przynosząc ulgę. Jednak, gdy patrzysz na swe ręce to blizny zaczynają skwierczeć niczym przypalane żywym ogniem. Widzisz jak święta woda wypala te dziury po bólu, którego kiedyś doznałeś, jednak teraz nic nie czujesz. Rany miały się goić, a miast tego przeradzają się teraz w wulkany kipiące święconą trucizną. Bąbelki powietrza zrozpaczone walczą by nie zniknąć na zawsze pozbawione swej ciekłej otoczki. I lepki, gęsty śluz zaczyna kapać z twych rąk na ziemię, by każdą kroplą wypalać dziury wielkości pięści niemowlęcia. Nie rozpoznajesz bólu, ale czujesz to. Uronione łzy twego zmęczonego ciała zatruwają matkę ziemię jadem mocniejszym niż jakiekolwiek znane jej trucizny natury. To czysta esencja jadu nienawiści.
I
Po raz kolejny budzisz się zlany potem i nienawidzisz samego siebie, że nie potrafisz odróżnić jawy od snu. Że gdy zatapiasz się w nocne zapomnienie tracisz tak cenną umiejętność oddzielania prawdy od iluzji, mary od pewników, życia od śmierci.
I śmiertelnie zmęczony tym jak zwykle nieudanym odpoczynkiem wstajesz. By ochłonąć. Jeszcze tylko kilka miliardów gorących kropel zmywających żel z twego ciała i możesz spokojnie opuścić swój dom, w poszukiwaniu rzeczywistości. Tak odległej i tak upragnionej. Ciężkie buty stawiają pierwsze kroki na rozgrzanym letnim słońcem asfalcie.
- Hej sąsiedzie! Ładny mamy dziś dzień, nieprawdaż? – bardziej zagaduje niż pyta człowiek mieszkający w domku obok.
- Jak cholera sąsiedzie – odpowiadasz z udawanym uśmiechem, lecz chyba on tego nie dostrzega, bo odwzajemniając krzywiznę twarzy powraca do podlewania swego ogródka.
- Każdy mój dzień jest cholernie ładny – dodajesz, ale już tylko dla siebie, szeptem, którego nie sposób czasem powstrzymać. I w myślach dziękujesz sam sobie za uratowanie Cię przed wścibskością pana ciekawskiego i swej podświadomości za to, że nie pozwoliła ci już dzisiaj dłużej spać.
Nogi same prowadzą przez ulicę do miejsca, które dobrze znasz. Mijasz przechodniów ze spuszczoną głową, mimo okularów przeciwsłonecznych. Po prostu nawet świadomość tej błahej ochrony przed prawdą nie daje Ci spokoju i nie potrafisz zdać się jedynie na ciemne lustra twej optycznej tarczy. W końcu wchodzisz do znajomej knajpy, cały czas się jakoś tak nienaturalnie kuląc. I w ogóle nie zdajesz sobie sprawy, że przy Twoim wzroście może to wyglądać, co najmniej komicznie. Zamawiasz piwo, ignorując słowa barmana, że dawno Cię tu nie było. W sumie w kilkumilionowym mieście mogłeś pójść gdziekolwiek, by pozostać anonimowy, a ty wybrałeś akurat najbliższy pub, gdzie prawie wszyscy cię znają chociażby z widzenia. Zanim jeszcze zdołasz usiąść do stolika jakiś gościu przechodzący obok ciebie podaje ci rękę i znika na drugiej sali. Przez swój strachliwie spuszczony wzrok nawet nie zdążyłeś zauważyć, kto to był. A co to za różnica?
Pijesz duszkiem, łapczywie jakbyś nie miał nic mokrego w ustach przynajmniej przez tydzień. W połowie szklanki nagle zamierasz. Paraliżuje cię myśl, zapominając się w kuflu z piwem zamknąłeś oko. Przecież ostatnio tak łatwo zasypiasz, a potem nie potrafisz odróżnić jawy od nocnej mary…
II
…ale udajesz sam przed sobą, że wszystko jest pod kontrolą, że to przecież jedynie mrugnięcie okiem. I niby uspokojony kończysz piwo. Ale i tak zły na siebie zaczynasz się denerwować. Mocno zaciskasz dłoń na pustym kuflu, który nagle pęka i kaleczy twą rękę odłamkami szkła. Brzdęk tłuczonej szklanki przyciąga oczy większości go gości. Wydaje ci się, że wszyscy się śmieją. Upajają się twoją katastrofą, a jedno do drugiego bezwstydnie podszeptuje: „Jednooki znowu się popisał”. Ich okrzyki radości przechodzą w kakofonie dźwięków i mieszają się z nabiegającą do twego oka krwią. Wstajesz gwałtownie, choć tobie ta chwila wydaje się wiecznością. Przy okazji odrzucasz ciężką ławę służącą ci za stół daleko w tłum prześmiewców. Kogoś przygniotła. Ktoś krzyknął. W niektórych oczach pojawiło się zdziwienie i strach. Ty z wściekłości zaczynasz warczeć, a widok twych białych błyszczących kłów przeraża i paraliżuje. Głęboko w swej głowie słyszysz niski gardłowy głos, który nachalnie szepce i żąda ofiary: „przynieś mi… przynieś mi…”.
Ludzkie serce jeszcze biło, gdy wysysałeś pierwszą porcję krwi z kobiety, która przed chwilą śmiała się z ciebie do rozpuku. Jednak po chwili zamarło, by już nigdy nie napędzić delikatnego mechanizmu życia, tak ulotnego jak opar znad kałuży ciepłej jeszcze krwi…
III
Tylko krew – na Twojej dłoni - i wbity kawałek szkła oraz kilka większych okruchów na stole. Tyle pozostało z Twojej szklanki, którą niechcący zbyt mocno ścisnąłeś. I jeszcze oczy tej kobiety o białej szyi wpatrzone w Ciebie przez chwile a zwabione hukiem pękającego szkła. Lecz sensacja trwała jedynie przez sekundę. Po chwili zostałeś sam ze swoją krwią przy brudnym stole wśród wielu barowych gości, nawet nieświadomych tego, że już kiedyś ich zabiłeś. Tylko że oni nie pamiętają twoich snów.
IV
Budzisz się w środku nocy. W Twym łóżku plama krwi – dogonił Cię ostatni anioł. Rozpamiętujesz jego twarz, pełną bólu i niezrozumienia – jak lustro. Już nie ważny jest ból, nieistotne cierpienie, które przynosi Ci co noc, tylko to jego puste spojrzenie, wargi nie pamiętające uśmiechu i zmartwione zmarszczki na młodzieńczej skórze. Tylko samotność istnieje, jest w stanie pokonać całą fizyczność, wszystko co Cię boli. W sumie to się nawet przyzwyczaiłeś do tych nieludzkich męczarni. Lecz do jego obecności nie przyzwyczaisz się nigdy. To ostatni anioł we wszechświecie, jedyny jakiego znasz, jakiego kiedykolwiek widziałeś, a jego twarz jest zwierciadlanym odbiciem Twoich lęków. Towarzysz niedoli, który pojawił się niewiadomo skąd i tak naprawdę niewiadomo kiedy. Pozbawiony boskości, pozbawiony blasku. Całe pierwotne zło wyssało z niego resztki anielskiego piękna. Zostały jedynie mocno zszarzałe skrzydła i zmęczona udręką twarz, wychudzone ciało i wewnętrzny smutek. Ten smutek zmusza Cię do wędrówki w inny świat, nie pozwala Ci zbyt długo gościć w rzeczywistości. To te oczy ostatniego anioła każą Ci śnić, bo one kiedyś zgrzeszyły i to bardziej niż można sobie wyobrazić, a teraz ktoś musi ponieść za to karę i to niewspółmierną do winy. Nie można zachwiać równowagi przyrody, trzeba płacić za zbrodnie przeszłości, nawet jeśli sam ich nie popełniłeś. A Twój towarzysz niedoli będzie Ci jedynie przypominał, iż to że cierpisz nie jest tak naprawdę Twoją winą, a pokuta bękartem się stała – bo przecież i tak nic nie możesz zrobić.
V
- Jak to się stało, że nic nie widzisz? W jaki sposób straciłeś wzrok? – pytanie drążące świadomość, bez szansy na unik. I tylko jedna jedyna odpowiedź tak prawdziwa jak Twoja ślepota…
…delikatna skóra, niczym łąka zroszona deszczem, pełna kwiatów i marzeń; uwodzicielskie spojrzenie, tak hipnotyzujące, że nawet silna wola paladyna by mu się poddała; i ogień czerwonych włosów palący oczy swoim pięknem. Tak to ona Cię zaczarowała. Płomienie jej piękna wypaliły twe oczy zafascynowane nowym uczuciem. Jak Ikar zbyt ufnie zbliżyłeś się do nieba zapomniawszy mądre rady mędrców, iż piękne kobiety to jedynie modliszki pragnące pożreć niczego nie spodziewających się samców. Przyznaj się – gdy patrzyłeś na nią wiedziałeś, że to niebezpieczne, wiedziałeś, że Twe żądne wrażeń oczy mogą już nigdy więcej nie zaznać żadnych innych uczuć. Wiedziałeś to wszystko i mimo to z premedytacją patrzyłeś. A może nie potrafiłeś inaczej? Czy jej urok odebrał Ci zmysły, czy też nie obchodziła cię cała wieczność i liczyła się tylko chwila, będąc pod wpływem okropnego zauroczenia? Niezależnie od odpowiedzi fakt jest faktem, że nie widzisz na jedno oko. I w ten właśnie sposób wyjaśniasz sobie ten fenomen. Bo tak bardzo chciałbyś by tak było, bo tak bardzo chciałbyś zapomnieć prawdę.
VI
Opadły już wszystkie mgły i załzawione oko przejrzało. Jednak to co zobaczyło nie było radosnym widokiem, rajskim pejzażem , w którego błogości można się utopić. To morze cierpienia. Cierpienia i rozpaczliwego krzyku o lepsze jutro. Pasmo nieszczęść, w którym wszystko jest tak nieprawdopodobnie realne. I choć słyszysz z każdej strony, że nie ma potrzeby płakać, to łzy bólu, wyciśnięte przez zniesmaczającą rzeczywistość, płyną nieprzerwanie. A świszczący w uszach wiatr napawa jakimś takim niewyjaśnionym strachem. I wstydzisz się. Własnego strachu i całego tego bólu, którego i tak nie potrafisz zabić. I wstydzisz się. Wszystkich niewykorzystanych życia chwil i zdradzonych ideałów. I całej swojej brudnej obłudy, niedoskonałości i wszystkiego co złe. Zatracając rzeczywistość w dzikim transie bardziej szalonym od hipnotycznych wizji, odnajdujesz skrawek prawdy, której tak bardzo i żałośnie chciałbyś się trzymać, lecz już nie potrafisz. Już nie umiesz współczuć, nawet samemu sobie. Opuszcza Cię resztka sił i stajesz się jedynie cieniem własnej osoby, chociaż i tak nigdy nie byłeś nikim ważnym, teraz jesteś jeszcze bardziej bezwartościowy – niewolnik ludzkich strachów i niezrozumienia.
VII
Stwierdziłeś, że tak dłużej nie można. Musisz powrócić do normalnego życia. Odizolować się od tych wszystkich na w pół realnych wizji. Zapanować nad snem, nie bać się panicznie nocy. Więc czekając do zmroku sączyłeś czerwone wino, wmawiając sobie wciąż, że starczy odwagi. I może ta autosugestia, a może jedynie dziwny przypadek sprawiły, że strach rzeczywiście gdzieś zniknął. A może to czerwony alkohol zmieszał się czerwoną krwią i napędził Twój mózg do decyzji, których na trzeźwo byś nigdy nie podjął. Zresztą to i tak nie miało już znaczenia. Bo nie ważne są powody – liczy się jedynie skutek i efektywność działania.
Spoglądasz za okno i nie czujesz już rażących promieni słońca na swej źrenicy. Jest tylko miękkie światło księżyca, które koi i fascynuje zarazem. I zaprasza Cię w gęstwinę nadchodzącej nocy.
VIII
Pewnym krokiem pokonujesz kolejne ulice. Gdzie tak naprawdę podążasz sam nie wiesz. Po prostu chcesz być częścią realnego świata, a nie jedynie swoich chorych wizji. Instynktownie przyśpieszasz mijając kolejną latarnię. Jeszcze kilka minut i opuścisz miasto i pożegnasz się ze złośliwymi spojrzeniami sporadycznych nocnych przechodniów. Bo myślisz, że każdy przewierca Cię oczyma i chce wyrwać ostatnie kawałki i tak już postrzępionej duszy. Więc idziesz jeszcze szybciej, a jakieś sto metrów przed Tobą powoli już maluje się cień małego mostu prowadzącego do pobliskiego lasu. Twój oddech staje się szybszy, a język w ustach drętwieje, bo widzisz, że jakąś niewyraźną sylwetkę, właśnie tam, na jedynej przełęczy na druga stronę. Ale starasz się zignorować to i przemknąć niepostrzeżenie obok tajemniczego strażnika mostu. Lecz gdy podchodzisz jeszcze bliżej, zauważasz że tam stoi kobieta i nagle przestajesz się bać. Sam nie wiesz dlaczego. Wygląda znajomo. Właściwie to jesteś pewny, iż już ją nieraz widziałeś. I nieruchomiejesz.
- No nareszcie jesteś, ile ja tu miałam na Ciebie w nieskończoność? – tak, to Twoja przyjaciółka, co jako jedyna odwiedzała Cię po „wypadku” z okiem.
- Czy my…? – się umawialiśmy, chciałeś dodać, lecz pozostałeś nieruchomy jedynie z otwartymi ustami.
- Co z Tobą? Teraz Ci głos odjęło? – nie była zdenerwowana, raczej zdziwiona.
- Nie. Przepraszam, ja tylko… - żadnych przebłysków. Nie przypominasz sobie byś miał tu być, tu się spotkać. Tak naprawdę ten mostek nawet nie nadawał się na miejsce spotkań, chociaż… - …nic, nic. Przepraszam.
- W porządku już wielkoludzie. – chwyciła Cię za rękę i jak gdyby nigdy nic zaczęła prowadzić w stronę lasu. Lecz zanim zdążyliście zejść w mostu, gwałtownie się odwróciła w Twoją stronę i jej biała jak śnieg twarz wykrzywiła się w demoniczny uśmiech. Oczy metamorfowały w kocie ślepia, a jaszczurzy język na ułamek sekundy wysunął się z pomiędzy warg. I w tym momencie po raz pierwszy zdałeś sobie sprawę, że to może nie być do końca rzeczywistość. Podświadomie oblizałeś wargi i ująłeś jej twarz w swoje szorstkie dłonie.
- Ja też jestem głodna – usłyszałeś w odpowiedzi.
IX
Poranek przyniósł koszmarny ból głowy, który swym pulsacyjnym rytmem zaczął układać wspomnienia ubiegłej nocy w jedną całość. Spotkanie na moście. Julia, której twarz nagle stała się biała, a oczy nabrały kociego charakteru. Potem gorąca namiętność. Dziki lot nad lasem. Pamiętasz, że czułeś że to sen, chociaż nie byłeś tego pewny. Dobrze pamiętasz, że żyła w Tobie świadomość, iż to wszystko nie jest do końca realne, tylko nie potrafiłeś dokładnie oddzielić fantazji od rzeczywistości. Może Twa przyjaciółka będzie w stanie powiedzieć. O ile naprawdę się wczoraj z nią spotkałeś.
X
Martwy dzień. Trochę ciszy za oknem zmieszanej z biciem niespełnionego serca. Miękki płacz. Gdzieś w środku pojawia się znów. I jeszcze kilka kropli tęsknoty i cierpienia oraz uczucia, których się nie da opisać. Wyglądasz za okno i widzisz wszystko jedynie w dwóch kolorach. Zieleń tak lekko przechodzi w czerń, która z kolei wykreśla kontur Twojej rzeczywistości. Prawie bezbarwnej tak jak choroba co zżera Cię od środka, z samego wnętrza trzewi. I bulgocze w brzuchu. Obrazy przed oczami wykreślone pośpieszną ręką, która najwyraźniej nie mogła się doczekać by uciec jak najdalej. I jeszcze ten zapach unoszący się w powietrzu, który przypomina Ci papierosowy oddech dziesiątki kochanek, o których już miałeś nadzieję, że zapomniałeś. W bezsensowności zapomnienia widzisz jedyny swój ratunek, przed tym co nieuniknione i przed tym, co boli aż do serca. Więc myślisz sobie, co możesz zrobić, by odgonić złe myśli daleko za horyzont, a wszystkie wspomnienia spalić rytualnym ogniem na ołtarzu Pyrosa.
XI
Stajesz przy oknie i zapalasz porannego papierosa. Wprawdzie nie palisz, ale usłyszałeś kiedyś naiwne kłamstwo, że dobre cygaro o północy jest w stanie rozjaśnić każdy umysł. I co z tego, że zamiast cygara to zwykły papieros, a zamiast północy blady jeszcze ranek. Tobie i tak wszystko jedno. Ale wdychany dym rzeczywiście przynosi spokój i myśli jakoś powoli zaczynają się układać.
- W porządku, odwiedźmy zatem Julię – chropowatym szeptem oznajmiasz samemu sobie. Lecz zanim jesteś w stanie cokolwiek zrobić wypuszczany nosem dym przybiera kształt nietoperza, który rozpaczliwie ucieka od okna. Boi się słońca. A Ty instynktownie zakładasz ciemne okulary. By tak jak ten skrzydlaty szczur schować się za ścianą mroku.
- Tak. Odwiedźmy Julię – powtarzasz i tym razem od razu wychodzisz z domu, starając się chociaż na chwilę przestać myśleć o tym co może się zmaterializować z kolejnego papierosowego oparu twoich ust.
I witasz się z ulicą. A dałbyś sobie wydłubać drugie oko, że to trwało jedynie momencik. Że opuściłeś dom najszybciej jak się tylko dało. W końcu jak długo można zakładać buty? Jednak zachodzące słońce mówi co innego. Jakoś wypiera się dnia i chyli się ku zachodowi, chociaż przed chwilą świtało. Zdejmujesz ciemne okulary i śmiało ruszasz chodnikiem, ufając brudnym krawężnikom, że zaprowadzą Cię do celu i przyniosą choć jedną odpowiedź na setkę twoich pytań i wątpliwości. Gdy dochodzisz na mostek już księżyc panuje nad całym niebem, a garstka malutkich gwiazd posłusznie poddaje się jego woli. Wprawdzie nie wiesz czemu przyszedłeś akurat tutaj, a nie do domu Julii, gdzie się wybierałeś, ale zdajesz sobie sprawę, że podświadomie trafiłeś w dobre miejsce, gdyż ona już tam stała. Czekała na Ciebie z tym swoim delikatnym uśmiechem, sycząc jak wygłodniała jaszczurka.
- Noc ta jest aż nazbyt spokojna – słyszysz zamiast zwykłego cześć – chociaż czuję, że to jedynie cisza przed burzą. – podchodzisz bliżej, aż jesteś w stanie poczuć jej oddech na swoim policzku. I starasz się coś powiedzieć, spytać się, jednak jedynie puste słowa wypadają z Twych suchych ust jak nie strawione kamienie i lecą gdzieś głęboko w dół, aż do rzeki, gdzie z głuchym pluskiem nikną pod taflą czarnej cieczy.
- Cicho – Julia kładzie palec na twych ustach tak, jakby dosłyszała te nieistniejące słowa – zaraz się zacznie.
XII
Trzymacie się za ręce. A szpony zamiast paznokci aż wbijają się w skórę – to na wszelki wypadek, byś nie puścił. Zsynchronizowane bicie serc staje się coraz głośniejsze. Oddech regularny, uspokojony, wreszcie znajduje odrobinę wytchnienia. Ciało tak lekkie, że mogło by latać delikatnie lewituje gdzieś w gęstniejącym powietrzu. Pozostawia troski na ziemi, daleko w innym świecie. Na innym poziomie abstrakcji. Wynurzając się z obłoków, czujesz się wolny od snów, lecz paradoksalnie stwierdzasz, że to jest właśnie jeden z nich. Jednak nie koszmar, do których już prawie przywykłeś. To po prostu cudowna wizja niezależności, szczęścia i spełnienia. To wolność motyla, lecącego gdzieś ponad lasem, chełpiącego się swoim powietrznym królestwem. Cudowna ekstaza przytulonych kochanków, zanim zapadają w swe nagie ramiona na całą noc. Jak melodia kojąca duszę i obraz radujący oko. Mówisz sobie w duszy, że jeżeli to sen to mógłby się nigdy nie skończyć. A Julia odwraca ku tobie swą białą twarz i jej kocie oczy wysyłają prosto do twojego mózgu zakodowaną wiadomość: „Jak sobie życzysz kotku”.
Jej uśmiech staje się niepokojący, tkwi w nim coś takiego, co sprawia, że ciarki wędrują Ci po plecach. Nie potrafisz tego wytłumaczyć, lecz boisz się tych jej pięknych oczu, przeraża jej śliczna twarz, która raptem przemienia się w agresywny krzyk:
- Spójrz na niebo – jednak nie reagujesz, szukasz odpowiedzi we własnej głowie – Patrz na niebo – Jej głos staje się coraz bardziej stanowczy i czujesz, że mimo chęci nie pokonasz tego narzucającego swoją wolę tonu. Jednak coś ci z głębi rannej duszy podpowiada, że nie powinieneś jej słuchać. Że tam w górze, wśród obłoków czeka na Ciebie coś strasznego, czego nie jesteś w stanie pojąć – Patrz w niebo! Patrz! – bardziej syczy niż mówi Julia, a echo jej słów nie opuszcza twych uszu. Twoja wola słabnie, podświadomie pragniesz się poddać, lecz walczysz jeszcze przez chwilę. Jeszcze przez chwileczkę. I wtedy jej głos staje się tak głośny i zabójczy dla ucha niczym krzyk Banshee i triumfalnie zawisa w próżni – Patrz na niebo! Patrz!
XIII
Widzisz dziwne znaki. Zakrywają prawie całe niebo, a wydaje się że są jego częścią. Rzeźbione ewidentnie z ludzkich wnętrzności, aż kapią od lepkiej krwi i postrzępionych tkanek. Na niektórych pęcherzyki powietrza mieszają się z białą gęstą pianą. Nie wiesz co mówią. Znaki, których znaczenia nawet się nie domyślasz, hipnotyzują. Każą się czytać i interpretować, chociaż bez rezultatu. Są niczym runy, kryjące w sobie niezmierzone tajemnice czasu i istnienia. Nic nie rozumiesz. Jedyne co wiesz – wiesz na pewno, że już kiedyś je widziałeś. Nieco w innej formie i zupełnie gdzieś indziej, ale je widziałeś. Już nie wiesz gdzie jesteś, skąd się tu wziąłeś, ani jak stąd uciec. W tej chwili istnieją tylko te znaki, które nachalnie wbijają się w wątły umysł i pragną być odczytane. W psychopatycznym transie pochłaniasz je jeden za drugim, starając się spamiętać jak najwięcej szczegółów. Każdą kroplę krwi, każdy pojedynczy ludzki organ, który buduje te podniebne runy. Rysujesz sobie w głowie obraz, malujesz go ze spotęgowaną pasją, jak w amoku, dzikim szale berserkera zapominasz o wszystkim innym…
Zamykasz oko. Zaciskasz powiekę najsilniej jak tylko potrafisz, lecz nic to nie zmienia. Wszystko wciąż widzisz. Idealnie namalowany obraz podświadomości. Zagryzasz mocniej zęby i instynktownie napinasz wszystkie mięśnie swego twardego ciała. Raptownie otwierasz oko i… wszystko znika – jesteś znowu w swoim śnie.
XIV
Spadasz. Okrągłe schody czterdziestopiętrowego budynku szerokim łukiem okrążają pustą przestrzeń – Twój to lotu. Z samej góry nieuchronnie spadasz głową w dół, bez najmniejszej szansy na zmianę losu. Powoli lecz systematycznie lecisz, by niebawem się spotkać z twardą ziemią. Ze wszystkich koszmarów, które w tej chwili mógłbyś sobie wyśnić ten chyba jest najgorszy, bo potrafisz go nazwać. Zabójczy koszmar zwany grawitacją. Jesteś coraz niżej. W głowie wizje roztrzaskanej czaszki i wypływającego mózgu. W sercu strach tak silny, że paraliżuje bez reszty. W brzuchu skurcze tak mocne, że już sam nie czujesz reszty swego ciała. W uszach na przemian szum własnej krwi i przerażający krzyk – Twój krzyk. Już jesteś najniżej, jeszcze tylko kilka ułamków sekundy…
…I budzisz się z krzykiem, zlany lepkim potem, nie mogąc złapać oddechu. Trwa to kilka dłuższych chwil zanim uspokoisz dziko kołatające serce. Nim oddech powróci do normy, a umysł powoli zrozumie że to był tylko sen. Paradoksalnie – tylko sen, jednak tym razem nie wiedziałeś, że to nie rzeczywistość. I nadchodzi spokój, kładziesz zmęczone ciało powrotem do łóżka, zamykasz oko i… zasypiasz.
Spadasz…
XV
Gniew, niepokój i bezsilność. Kołatają Twoim ciałem, sercem i umysłem. Twoja ochronna tarcza pęka – myślałeś, że jesteś silny? Każdy kiedyś mięknie. Każdemu kiedyś braknie sił, by walczyć. Po to żyjesz, by stawać twarzą w twarz z problemami i je pokonywać. Ale zawsze nadchodzi taka chwila, że brak sił i obumierasz. Wpatrujesz się właśnie w pustkę swego umysłu i rozumiesz, że taka chwila nadeszła – nic nie możesz zrobić. Totalna bezsilność wobec ogromu wokół Ciebie. Chciałbyś być – po prostu żyć - „normalnie”. Może już nigdy nie będziesz mógł. Ale mimo wszystko chcesz walczyć – tylko nie wiesz jak…
XVI
Ołtarz. To takie dziwne wspomnienie raptem pojawia się w Twojej głowie. Ale nie jest to wizja kościoła czy też przydrożnej kapliczki. To ołtarz nienawiści, krzyczący o ofiarę. Choć teraz jak patrzysz na niego swym zmrużonym okiem wydaje się być nasycony. Czyli już dostał swoją ofiarę. Ciekawe co, bo wydaje się totalnie pusty. Wspomnienie staje się coraz bardziej natrętne i natarczywe, jakby zmuszało do tego, by wciąż o nim myśleć, rozkładać na elementy, szukać szczegółów i łączyć elementy układanki. Poddając się coraz bardziej jego woli zaczynasz powoli dostrzegać coraz to nowe kształty i szczegóły. Teraz ołtarz już wyraźnie pulsuje w Twojej głowie. Jego kamienna tafla jest splamiona krwią, tuż powyżej dziwnymi czerwonymi znakami, bliźniaczo podobnymi do tych z jednej z Twych ostatnich wizji. Ale nie to jest najgorsze. On Cię przyciąga. Chociaż wiesz, że nie wymaga od Ciebie teraz ofiary to wyraźnie chce mieć Cię przy sobie. Może nawet na sobie. Niczym zahipnotyzowany jego magią przybliżasz się do niego jakby nie stawiając nawet kroków. Dostrzegasz kolejne znaki coraz bardziej dręczące. Czy one się ruszają? Nie – to na pewno tylko złudzenie. Chociaż złudzenie strasznie realistyczne. Zaczynasz je czytać, choć sam do końca nie jesteś pewien czy to przypadkiem nie one czytają Ciebie. Wydają Ci się takie bliskie i dobrze znane, mimo iż cały czas nie rozumiesz znaczenia, czujesz, że jesteś coraz bliżej chociaż częściowego zrozumienia. W końcu decydujesz się je dotknąć. Wyciągasz rękę, która nieoczekiwanie zaczęła drżeć. Nagle dotykasz znaku na samym środku ołtarza…
I przeraźliwy grymas bólu przeszywa Twoją dotąd łagodną twarz. Nie potrafisz stwierdzić czy to ukłucie, porażenie, przypalenie czy cokolwiek innego. Po prostu boli jak cholera
i raptem zaczynasz tracić zmysły. W oku wypisane zdziwienie, zmieszane z przerażeniem, a w ciele przerażający ból. I odpływasz…
XVII
- Co się dzieje wielkoludzie? – głos Julii wyrywa Cię z letargu. Otwierasz oko i widzisz ją nad sobą
- Ten ołtarz… - zaczynasz szeptać jakby przestraszony, że ktoś nieproszony może Cię usłyszeć - …ten ból… - słowa powoli wypływają z Twych ust i rozbrzmiewają głuchym echem gdzieś w pustce.
- Jaki ołtarz? O czym Ty w ogóle mówisz? - Pozwalasz by delikatne ręce Julii pomogły się podnieść Twemu ociężałemu ciału. – Co się dzieje?
- Czyżbym znowu śnił? – Twój głos staje się pewniejszy i bardziej dźwięczny – Wydawało mi się, że widzę ołtarz.
- Wielkie odkupienie, co? Ołtarze łaski pańskiej Ci się śnią? – trudno stwierdzić czy to ironia czy autentyczne zdanie, a Julia kontynuuje – Nawróciłeś się czy jak?
- To był ołtarz nienawiści. – wyjaśniasz i już jesteś gotowy by wszystko opowiedzieć, lecz zdajesz sobie sprawę, że nie znasz takich słów, które by mogły cokolwiek wyjaśnić. A tamtego bólu po prostu nie da się opisać, więc dodajesz tylko. – ale już go nie ma, a ja mam z Tobą poważniejsze sprawy do omówienia. – dziewczyna patrzy na Ciebie tak jakby beznamiętnie – Chodźmy się przejść.
I powolnym krokiem opuszczacie mostek. Jeszcze tylko raz spoglądasz za siebie by zapamiętać każdy szczegół tego miejsca, póki znowu nie odpłyniesz w swoje koszmary. Ale nie – mimo iż jesteś gotowy na kolejną marę, a może właśnie dlatego, żadna nie przychodzi. Tylko kroki Twoje i Julii stają się bardziej wyrównane. Przez kilka chwil maszerujecie w ciszy, od czasu do czasu jedynie rzucając na siebie krótkie spojrzenia. Zapalasz papierosa by się totalnie rozluźnić i zaczynasz jedną z najcięższych rozmów w swoim życiu.
- Powiedz mi co się stało. Mam jedynie dziurę w pamięci. Staliśmy razem na tym mostku, a potem… sam nie wiem, zaczęły się jakieś wizje. Już nawet nie wiem ile, ale ciągle na pograniczu jawy i snu… - na chwilę się zatrzymujesz, chyba tylko po to by zdecydować co dokładnie powiedzieć - … czy ja… - zaczynasz nieśmiało - …spałem, czy to może były tylko ułamki sekundy i mi się jedynie wydawało, że trwało to aż tak długo? – ostatnie słowo zawisło w powietrzu jakby niepewne czy chce być wypowiedziane. Ale zostało.
- Nagle upadłeś – zaczęła Julia bez zbędnych wstępów. – Nie wiedziałam co się dzieje. Straciłeś przytomność – czy w jej głosie słychać strach czy tylko zakłopotanie? – a ja próbowałam Cię obudzić, ale Ty jedynie zacząłeś majaczyć. Trwało to może ze dwie minuty i raptem się obudziłeś. – dziewczyna wyglądała na naprawdę przejętą. Jej oddech zrobił się nieco cięższy. Złapałeś ją za obie ręce i od razu spytałeś.
- Co mówiłem?
XVIII
- Moja ofiara… moja ofiara… musiałem… ofiara… złożona…
XIX
Siedząc samotnie w domu próbujesz poukładać wszystko do kupy. Starasz się zrozumieć, starasz się przypomnieć. Towarzystwa dotrzymuje Ci jedynie kilka zimnych butelek piwa. Puzzle twojego życia nagle zaczynają pasować do siebie. Na razie jedynie pojedyncze elementy, ale lepsze to niż nic. W głowie setka myśli miesza się z tysiącem wspomnień i z milionem obrazów. Ale przynajmniej pojawiają się pierwsze wnioski. Może mylne i bezsensowne, może mijają się o lata świetlne z prawdą (o ile w ogóle istnieje coś takiego jak prawda) ale od czegoś trzeba zacząć. I Ty właśnie tutaj zaczynasz.
|