Sny - część I



0

To jak dotyk zimnego ostrza, ostrego jak brzytwa. Obudzić się zlanym potem czując na twarzy lepkość własnej krwi. Palce kierują się do oczu – nie widzisz nic. Tylko plamy i kolor, który lewituje gdzieś ponad światem, będący niepewnym bękartem, zrodzonym z czerni i czerwieni. W uszach świdruje kakofonia zbyt wysokich częstotliwości by to wytrzymać. Starasz się myśleć, analizować. Co się z tobą dzieje?

Nagle zaczynasz rozumieć, jakby cząstka twej podświadomości krzyczała: „to ja! Spójrz na mnie! Dlaczego nigdy na mnie nie patrzysz?!”. I przemyka ci przez głowę odrobina zrozumienia, chociaż tak daleko od pełni. Przecież nigdy nie śniłeś. To nie może być sen. A jednak czujesz, że to nie jest do końca realne i próbujesz jakoś wyjaśnić samemu sobie, czemu twe oczy płyną krwią, a ręce drżą. Spomiędzy czarnej czerwieni wypływa przezroczysty kształt twojego sufitu. Odzyskujesz resztki wzroku?

Czujesz, że to nie mógł być sen – z resztą i tak prawie nic nie pamiętasz. Tylko dziwne przebłyski bardziej nieświadome niż oblizanie warg. I ból. Po raz pierwszy go poczułeś, a on jest po raz pierwszy tak silny. Tak silny… Czujesz, że słabniesz. Chęć życia odchodzi wraz z pozostałą energią – tracisz kontrolę. Niestety. To znajome uczucie zwiotczałych mięśni, gdy jesteś przepełniony strachem. To ta bezsilność, której nigdy do końca się nie wyzbędziesz, choćbyś sam myślał coś innego. I gniew. Płytki, wewnętrzny. Nieuzasadniony. I zaczynasz rozumieć.

To była pierwsza noc w Twoim życiu, kiedy śniłeś. I nie był to błogi rajski obraz. Raczej wizja zniszczenia. Choć sam jej prawie nie pamiętasz, pozostaje faktem, że obudziłeś się z wydłubanym lewym okiem. Sam je sobie wydłubałeś.

Drgawki powoli opuszczają Twoje ciało. Choć cały czas trudno złapać oddech – ten jedyny prawdziwy, do którego nie trzeba się zmuszać. Dopiero teraz zaczynasz odczuwać ból, wcześniej szok odebrał Ci resztki Twojej wrażliwości i czucia. Nie rozumiesz – jak można nie widzieć!? Jak!? Ale nie widzisz. Przynajmniej częściowo. Wytężasz umysł by sobie przypomnieć. Cokolwiek. Nic. A może?

Chwila rozsądku? Zbierasz wszystko do kupy: wczoraj po prostu trzeba było zasnąć, a dziś rano? Tu nie ma żadnych pieprzonych faktów – krzyczysz. A twój głos rozbrzmiewa wśród ścian o niesprecyzowanym kolorze i wpada w Ciebie – czujesz, że nie tylko przez uszy…

Nagle nadchodzi spokój. Zwątpienie. Po prostu człowiek asymiluje się do nowopowstałej sytuacji. Przecież można żyć bez oka. Ale ze świadomością, że sam je sobie wydłubałeś w nocy chyba trochę gorzej.

I

- I jak się czujesz? – miękki kobiecy głos dźwięczy w twoich uszach, lecz uświadamiasz sobie, że jedynie Cię denerwuje. Więc nie odpowiadasz nic.

- Wszyscy się o Ciebie martwią, tak długo spałeś

Twoja obojętność wzrasta, myślisz o tym, co ludzie mają na myśli mówiąc, że ktoś wygląda lub zachowuje się jak warzywo. Chyba już nic nie czujesz. I nie chodzi tu o ból fizyczny. Coś się po prostu w Tobie złamało. I to na zawsze.

- Lekarze mówią, że wyjdziesz z tego, po dwóch tygodniach będziesz się czuł jak nowonarodzony.

- Nie wątpię – odpowiedziałem w myślach, a wewnętrzna złość zaczęła wypełniać moje mięśnie.

I dopiero teraz dorosłem do tego by się przyznać, że ten zmarnowany człowiek bez oka to ja.

W sercu rodzi się wiele emocji, lecz nie mogę znaleźć żadnej pozytywnej. Pragnienie śmierci, złość, ignorancja i wstyd chyba do pozytywnych nie należą. Chociaż kto wie. Teraz wszystko jest możliwe. I zasypiasz…

Kto z nas musi grać w tą grę – jak myślisz? Bo wiesz, to nie jest tak, że to jestem albo ja, albo Ty. Siedzimy w tym razem. I nie wierz w nic, co mówiłem wcześniej, bo ten jest bohaterem, kto jest słabszy. Rozumiesz? Daj się wciągnąć dla naszego dobra. Dla nas – rozumiesz? W ten sposób pomożesz mi nie czuć bólu, – bo niestety ktoś musi go czuć. Tak już został skonstruowany ten świat, by istniała idealna równowaga i ktoś musi cierpieć by nie cierpieć mógł ktoś. A teraz… miłych snów.

Znowu widzisz ciemność. Znowu czujesz ból. Jakby ktoś na żywo wbijaj Ci igły w oczy, uprzednio unieruchamiając powieki zapałkami. Co czujesz, gdy nie możesz mrugnąć? Co czujesz widząc wszystko nie widząc nic zarazem? Opowiedz.

- Proszę, opowiedz mi jak to było. – pyta się Ciebie mężczyzna w białym kitlu. To chyba lekarz. A Ty nie masz ochoty mu odpowiadać.

- Muszę wiedzieć, bo chcę Ci pomóc i wolałbym nie musieć wzywać policji.

- Policji? – tak boleśnie brzmią Twoje pierwsze słowa od czasu gdy się wtedy obudziłeś.

- Twoja rodzina sugeruje by wezwać policję. Sugerują, że To była napaść, czy jakiś rytualny akt, ale przecież oboje dobrze wiemy, że sam to zrobiłeś.

Sam nie wiesz czy zaczynasz rozumieć, czy wręcz przeciwnie.

- Te znaki. – lekarz zaczyna niepewnym głosem – które namalowałeś na ścianie swoją krwią – na chwilę przestaje mówić, jakby zmieszany lub wręcz przestraszony – zrozum, niektórzy myślą, że oszalałeś.

Przeszukujesz swój chory umysł w poszukiwaniu jakiejkolwiek odpowiedzi. Zawsze Ci się wydawało, że gdy ludzie o czymś zapominają, to można im to bardzo łatwo przypomnieć jakąś informacją lub bodźcem emocjonalnym. Ale Ty nic nie pamiętasz. Nie wiesz, o czym ten biały człowiek mówi. Zniknij szatanie.

Egzorcyzm. Twoja własna matka zaprosiła księdza by nad Tobą odprawił egzorcyzm! Ci ludzie już zaczynają się Ci mieszać. Mieszają się tak samo jak Tobie kolory czerni i czerwieni, gdy się wtedy obudziłeś. A teraz chciałbyś by po prostu to wszystko się skończyło.

II

Bolało mnie. Gdy się mnie wyrzekłeś. Wtedy, gdy nie miałem nikogo innego – ty pragnąłeś bym to był ja, by to były moje sny. Ale nie. Ja nie jestem taki słaby. Jeszcze nie.

III

Tej nocy śniłeś o szczęściu. I jasnych barwach. Były tak blisko i tak dziwnie poza zasięgiem ramion. Nigdy wcześniej nie śniłeś, więc nie rozumiałeś, dlaczego nie możesz ich dosięgnąć, mimo iż przecież były tuż pod Twoją dłonią. Paradoksalnie sen o szczęściu wcale nie był szczęśliwy. Uświadomił Ci jak wiele Ci brakuje, by osiągnąć ten stan. I nie pomogą żadne słowa, po prostu wiesz, że w tym życiu już przegrałeś. Tu chyba nie ma zwycięzców. Przynajmniej nie w zasięgu Twoich ramion.

…a jej oczy ukrywały cały smutek ziemi. Mimo iż błyszczały niczym szafiry i tętniły życiem jak rajska plaża to wiedziałeś, że gdzieś głęboko we wnętrzu drzemała drzazga zranionej dumy. I pojedynczy krzyk, który nigdy nie wydobył się z gardła jak niezabliźniona rana. I poczułeś, że Twój sen może być jej częścią, chociaż bardziej realne wydawało się, że to ona jest częścią Twojego snu. Ha – o szczęściu. I chyba o bólu.

Powracając ciągle i znów do wielkiego bólu istnienia, który poczułeś dopiero kilka dni po Twoim, hmm… „wypadku”. Rozdarty wewnętrznie, a nawet zewnętrznie podążasz drogą, której sam nie rozumiesz, a na skrzyżowaniach nie ma żadnych znaków, które by kierowały do prawdziwego celu.

- Zaniepokoiły nas te znaki, które pan wymazał na…. – mężczyzna nie mógł skończyć, gdyż starsza już kobieta musiała wtrącić swoje trzy grosze.

- On wcale nie wymalował tych świństw. To mafia, to sekta, to…

- Proszę pani – stoicki ton mężczyzny wiedział, czego chce – proszę mu pozwolić mówić.

- On nic wam nie powie. On jest niewinny. Tyle się chłopak nacierpiał a wy tylko…. – jej głos zaczął Cię powoli opuszczać. Tak jakby umarła. A ty zacząłeś wyzwalać się z tej papki słów, które i tak już przestały być dla Ciebie ważne. Powiedz mi teraz prawdę. Cały czas w to nie wierzysz, co? Myślisz, że to nie mogło się zdarzyć właśnie tobie. To niemożliwe. Ciekawe ile jeszcze dni będziesz musiał przeczekać w oczekiwaniu na pobudkę, aż zrozumiesz, że to już nie jest sen. To jest Twoja mizerna rzeczywistość, choć chciałbyś by jej nigdy nie było. Nie bój się jej. Ona nie gryzie… a teraz śnij.

IV

Ubierasz dżinsy, lekką kurtkę skórzaną narzucasz na nagi tors. Jeszcze tylko ciężkie buty… i czujesz się wolny, gdy wiatr obmywa Twoją nieogoloną twarz, a myśli się schowały gdzieś głęboko. Bo po cóż ma myśleć ktoś taki jak Ty. Co Cię dzisiaj czeka? Kolejny sukces? Jakże mogłoby być inaczej. Pewny siebie szukasz wzrokiem jakiegoś celu, na którym mógłbyś zawiesić swój spragniony wzrok. I znajdujesz.

Ta knajpa wygląda jakoś znajomo, chociaż nigdy tu raczej nie byłeś. To po prostu ten klimat, którym ona się otacza. Zamawiasz piwo, by kilka gorzkich łyków przyniosło spokój twym zaschniętym wargom. Przełykasz powoli, delektując się każdą kroplą taniego szczęścia. Twój wzrok staję się jakoś dziwnie wyostrzony (na kobiety) i zauważasz jedną. Siedzi samotnie przy jednym ze stolików. Poprawiasz fryzurę. Nagle przypominasz sobie, że masz skórzaną kurtkę na gołym ciele. Nigdy do końca się nie dowiesz, czy to się kobietom podoba, czy traktują to jako pozerstwo lub nawet wieśniactwo. Nie zważasz na to, tylko lekko zapinasz suwak, by nie było zbyt wyzywająco. Czas na uśmiech, który ćwiczyłeś przed lustrem miesiącami, chociaż nigdy nikomu się do tego nie przyznasz. Kolejny smoczy łyk piwa oraz znajomy przypływ adrenaliny. Teraz albo nigdy.

Podchodzisz i szarmancko się witasz, na co słyszysz:

- O boże! Ty nie masz jednego oka!

I sen pryska.

V

Za późno. By przepraszać samego siebie za wszystkie głupoty, które w życiu popełniłeś. Za późno. By marzyć. Bo marzenia mają sens tylko wtedy, gdy jest szansa na ich spełnienie…

VI

Ptaki latają coraz niżej. Tylko tyle możesz zauważyć leżąc bez sił na suchym do przesady piasku. Dziwne te ptaki. Czemu krążą właśnie nade mną? – przecież nieba starczy dla każdego, mimo iż dla Ciebie jednak zabrakło. Ostre słońce odbiera resztki wzroku, a ty z bólem próbujesz widzieć. Za wszelką cenę. Pamiętasz, gdy twoja przyjaciółka opowiadała ci w dzieciństwie swoje sny? Gdy biegła, ale świat wokół niej się nie poruszał? Wydawało ci się to absurdalne, gdy z łzami w oczach mówiła o tej słabości, jaką czuła gdzieś w środku, jak nie mogła uciec przed swymi strachami. I co teraz powiesz? Kto teraz jest bezsilny? No dalej. Spróbuj poruszyć ręką – oszukuj samego siebie, że możesz to zrobić. Nie uciekniesz od świadomości, iż nawet w najmniejszym stopniu nie panujesz nad swoim życiem. Jedyne, co możesz zrobić to widzieć te ptaszyska, krążące nad twoją głową, lub uciec w ciemność, – chociaż nawet powieka nie uchroni cię przed osłabiającą siłą słońca. Paradoks – ciemność przestała być mroczna, a stała się jeszcze straszniejsza. Ja wiem – twój wybór jest oczywisty. Możesz tylko czekać.

- Są jakby niżej – próbujesz coś powiedzieć, w nadziei, że ton twego głosu jakoś cię uspokoi. Ale nie słyszysz swoich słów. Zbolałe wargi nie były w stanie poruszyć się wystarczająco, by wydobyć choć cichy ulotny szept. Ale rzeczywiście; masz rację. Ptaki latają coraz niżej. Coraz bliżej. Coraz gorzej. Dla Ciebie. Zastanawiasz się czy tak właśnie wyglądają sępy. Dla ciebie są jedynie ciemnymi plamami na gorącym nieboskłonie. A czym ty dla nich jesteś? One mają znakomity wzrok. Czujesz, że chciałbyś by już było po wszystkim. Cokolwiek Cię czeka – pogodzisz się z tym, ale najgorsze jest to czekanie. Coraz niżej…

VII

- Odejdź. Proszę, dłużej już nie wytrzymam. – wydawało Ci się, że mówisz. Może i tak było, chociaż doskonale zdawałeś sobie sprawę, że Twoje słowa nie mają najmniejszego znaczenia. Wręcz przeciwnie: dają mu siłę i determinację, dodatkowo motywują. Upaja się Twoim płaczem i prośbami o litość. Zresztą przypomnij sobie – Ty byś tak samo postąpił. Do czasu jak zacząłeś śnić – chyba pamiętasz jeszcze tamtą noc, co była Twoją pierwszą. Ha, ha. Tak – byłeś pozbawiony współczucia i resztek człowieczeństwa. Pomyśl. Może to wszystko to kara za twoje grzechy wobec ludzkich uczuć? A może nagroda? Bo bez snów byłeś nikim. Lub kimś zupełnie niepełnym. Teraz leżysz tu i… Nie. Nie ciesz się zbyt szybko – wcale nie umierasz, przynamniej nie w klasycznym tego słowa znaczeniu. Ale jakby nie patrzeć – zaczyna się dla Ciebie nowe życie. Co ty na to?

- Pytałem, co ty na to? – powtórzył mężczyzna w bieli stojący nad Tobą. Uśmiechał się jakoś tak… szczerze. I ewidentnie czekał na odpowiedź. Nie doczekał się.

- No, niezły z Ciebie twardziel. Już niebawem będziesz mógł skakać na dyskotekach. Niektóre nerwy zostały uszkodzone, ale widać, że większość naszych problemów już się prawie zagoiła. – wesoły ton jego głosu zupełnie wybijał Cię z rytmu – Co powiesz jak Cię wypiszemy… powiedzmy – chwilę się zastanawiał chociaż wiedziałeś, że robi tylko i wyłącznie po to by się z tobą troszkę podrażnić – powiedzmy pojutrze?

Twój wzrok, a raczej jego resztki nie zdradzały żadnych emocji. Martwe spojrzenie wbiło się w człowieka w bieli i czekało, samo nie wiedząc na co.

VIII

Jeszcze tego samego dnia odwiedził Cię oficer policji.

- Cieszę się, że pan dochodzi do siebie. I że możemy spokojnie porozmawiać „nie” w obecności pana matki… Mam nadzieję, że pan rozumie. Tak. Czy mógłby pan teraz, już na spokojnie bez pośpiechu opowiedzieć mi, co się wydarzyło tamtej nocy?

- Tak. Wszystko wam opowiem… - zacząłeś mówić zupełnie nieświadomie jakimś obcym, lepkim i obłąkanym głosem, a Twe słowa wylewały się z ust czarnym potokiem goryczy i zawiści - … opowiem wam tak, że sami poczujecie mój ból. Zrozumiecie wszystko, choć wtedy ja tego nie rozumiałem – twój głos robił się coraz głośniejszy, policjant się lekko wzdrygnął, choć próbował to ukryć – Wiesz, ja naprawdę wtedy myślałem, że wszystko może potoczyć się inaczej… - słowa w Twych ustach zaczęły stawać się cięższe, bardziej dobitne i mroczne, a Twój język stał się idealnie czarny i wypłynął na wierzch. W jedynym oku pojawiła się czerwona łza, jakbyś nie zgadzał się z tym, co się z Tobą dzieje. Język zaczął ostro falować i zrobił się nienaturalnie długi, a z jego rozdwojonej końcówki kapały ciemnoczerwone krople bólu. Policjant nawet nie drgnął sparaliżowany Twoim widokiem. Jego twarz i ubranie już zostały delikatnie poświęcone ciemną cieczą z Twoich ust. A Ty mówiłeś i krzyczałeś głosem przepełnionym nienawiścią do całego świata, a ten krzyk dążył gdzieś do nieskończoności…

IX

Cóż to? Ty piszesz pamiętnik? Masz nadzieję, że dzięki tym miernej jakości słowom sprawisz, że już nigdy więcej niczego nie zapomnisz? Czysta ułuda. Lecz poczytajmy:

„Obudziło mnie bicie własnego serca. Czasem koszmary są tak silne i rzeczywiste, że tylko mocny szok może uratować człowieka. Wstałem i poszedłem wziąć prysznic. Odkręciłem gałkę i pozwoliłem zimnej wodzie spływać po moim nagim ciele. Nie wiem, czy miałem nadzieję, że godziny tych banalnych ablucji oczyszczą mój zaśmiecony umysł, czy po prostu bałem się znów zasnąć i wierzyłem, że pod wodospadem zimna jest to niemożliwe. Człowiek może się tak bardzo bać, a strach jest jedną z niewielu rzeczy, które mogą go idealnie sparaliżować.„

X

- No dzięki Bogu już Cię wypisali z tego strasznego szpitala, lekarze są dobrej myśli i mówią, że się przyzwyczaisz. Powiedzieli, że wiele ludzi tak żyje i jakoś to im nie przeszkadza… – tak, słyszysz głos swojej matki - …a Ty co? Myślisz, że teraz żadna panna Cię nie zechce? Nie bądź śmieszny. Lepiej ciesz się, że policja już się do Ciebie nie dobija. Nie wiem, co im wtedy nagadałeś jak przyszli do Ciebie do szpitala, ale teraz to już nastał spokój… - i poczułeś, że te słowa w jakiś dziwny niespodziewany sposób Cię relaksują - …Ale, że z księdzem nie chciałeś nawet porozmawiać to wstydź się Boga. No przecież komu jak komu, ale księdzu to mogłeś powiedzieć. Co on sobie teraz pomyśli? - …potok słów płynął, a Twoje jeszcze przed chwilą odprężone ciało zaczęło się gwałtownie napinać, jakby mu czegoś brakowało.

- Księdzu mogłeś powiedzieć – na koniec powtórzyła sedno swej wypowiedzi.

XI

Patrzysz w otchłań. Gdzieś daleko poza zasięgiem swojego wzroku wyczuwasz obecność zła. Siły, która ostatnio zaczęła Cię po trosze obawiać, a po trosze fascynować. Próbujesz wytężyć swe zmysły by dostrzec cokolwiek, choćby lekki cień lub niewyraźny kształt. I wydaje Ci się, że jakaś nieznana masa materializuje się tam gdzieś daleko w tej nicości i zaprasza do tańca. Dużo. Zdecydowanie za dużo czytałeś w swoim życiu o tańcu ze śmiercią, by nie myśleć tylko o jednym. Ty w ogóle za dużo czytałeś. Zacząłeś popadać w coraz to nowsze lęki, tylko dlatego, że je znałeś. Że umiałeś je nazwać, posegregować i odłożyć na odpowiednią półkę w bibliotece ludzkich strachów. Taki byłeś oczytany, tak wiele wiedziałeś, przygotowany na każdą sytuację, ale nawet przez myśl Ci nie przeszło, że pewnej nocy wydłubiesz sobie własne oko, a całe Twe dotychczasowe życie straci sens. Ale kształt w otchłani robi się coraz wyraźniejszy i coraz bardziej materialny; już go dosięgasz, już potrafisz go dotknąć pogłaskać i cieszyć się tą odrobiną lepkiego ciepła, którym promienieje. Wytężasz oko i zaczynasz powoli rozumieć. To coś, czego tak bardzo pragniesz okazuje się być ogonem diabła. Czerwonym jak krew i czarnym niczym czeluść. Odraża Cię chropowata skóra i liczne włosy. Czujesz jak rodzi się w Tobie gniew i obrzydzenie. Chciałbyś zabić, zniszczyć lub na zawsze o Tym zapomnieć, lecz nie możesz nic zrobić. Ściskasz coraz mocniej i starasz się przelać całą swoją agresję na ten diabelski ogon. I budzisz się z zaciśniętymi dłońmi na swojej własnej twarzy.

XII

Tego dnia przyszła do Ciebie przyjaciółka. Mimo, iż nie miałeś najmniejszej ochoty widzieć kogokolwiek do końca swego życia, ona chciała zobaczyć Ciebie.

XII

To tylko strach – nie bój się. Wiem; paraliżuje człowieka, nie daje myśleć, każe uciekać, zakryć dłońmi twarz. Jest jak to „coś”, co czasami wisi w powietrzu i sprawia, że masz przeczucie, że zaraz stanie się coś złego. Totalna paranoja, nieuzasadniony lęk przed nieznanym, a może nawet przed nieistniejącym. I przez cały dzień serce bije Ci nieco szybciej, Ty nerwowo oglądasz się na ulicy, czy ktoś za Tobą nie idzie przypadkiem, ściskając w dłoni rękojeść ostrego noża. I wtedy myślisz, że jesteś nikim; bo tak niewiele potrzeba byś się wił w swoim świecie strachu i nie zaznawał nawet chwili spokoju.

Tego dnia też to czułeś – nieprawdaż? Uciekałeś w myślach od samego siebie, by chociaż w tym wirtualnym świecie Twojej fantazji odciąć się od tego śmierdzącego tchórza, którym jesteś na co dzień. I spadasz coraz niżej – fizycznie w Twoim śnie i psychicznie w swoim umyśle. I paraliż obejmuje kontrolę nad Twoim ciałem, a ręce odmawiają posłuszeństwa. Nigdy nie byłeś tak bezsilny. Tak bezsilny jak jesteś zawsze. W nocy – gdy śnisz…

XIII

Weszła do Twego pokoju i nie pytana o pozwolenie dotknęła Twojej twarzy. Stała tak obok Twego łóżka, z którym ostatnio coraz trudniej Ci się i rozstać i pogodzić. Jej delikatne palce niby pieściły Twój policzek i przynosiły Twej duszy ukojenie, jednak jakiś bardzo głęboko zakorzeniony wewnętrzny niepokój nie pozwalał czerpać z tego dotyku przyjemności. Przynajmniej nie takiej jakbyś chciał.

- Ile straciłeś wiesz tylko Ty – jej delikatne usta formowały słowa niczym celtycką melodię – ale musisz wiedzieć, że życie toczy się dalej i nikt nie będzie się oglądać wstecz. – jakbyś słyszał psychologa czy jeszcze gorszego księdza – ja nie jestem tu by się nad Tobą znęcać, ale zrozum, musisz wyjść na światło dzienne, bo pozostaniesz uwięziony w swoim mrocznym świecie jak wampir… Mówiła jeszcze długo. I całkiem sensownie. Mimo iż broniłeś się jak mogłeś, jakoś obeszła Twe wewnętrzne zapory i przyniosła odrobinę ukojenia, zwanego delikatną iskierką nadziei. Poczułeś po raz pierwszy od tamtej nocy, że naprawdę jest dla Ciebie szansa. Ukryta gdzieś tam głęboko, zbyt daleko, by zwykły śmiertelnik mógł ja odnaleźć, ale była. Tliła się, wspominając czasy, gdy świeciła jeszcze jasnym płomieniem. Który jednak się wypalił i teraz nastała era mroku, gdzie trzeba dbać o tą malutką iskierkę, by nie zgasła odbierając Ci resztkę życia. I właśnie przestałeś wierzyć w stare powiedzenie, że lepiej spłonąć szybko jasnym płomieniem, niż tlić się przez wieczność bez żaru. I ta wieczność właśnie dla Ciebie nadeszła.