Pająki lubią ciemność


motto: „Okrutne krwawe zabijanie szczęściem…”


Nie ma we mnie życia ani chęci. Jak wtedy. Idealny brak entuzjazmu. Wszelka siła zapadła w delikatny sen, a ja nie umiem jej obudzić. Zabawne, jak wtedy. Siedziałem w swoim pokoju myśląc o niczym, od niechcenia trącając struny gitary, by tych kilka nieczystych dźwięków wypełniło pustkę wokół. Mnie. Tą w środku było o wiele trudniej wypchać. Istniałem niezależnie, jak chłopak poza wszystkim, co go otacza. Brak sensu odbierał nadzieję na odszukanie jakiegoś mizernego celu daleko poza moim horyzontem. Czekając na przebudzenie duszy gniłem w samotności. Tak, był to okres, w którym nie miałem nikogo. Zostawiony przez dziewczynę, niezauważany przez znajomych, odizolowany od poznania. Bardzo mocno. Czułem gnuśność czy coś w tym stylu. Absolutnie zobojętniony, marzący o fantastyce, nie robiłem nic, by cokolwiek zmienić. No, może za wyjątkiem próbowania wejścia w zdrowy związek. O tak, pamiętam. Była całkiem ładniutka i zdecydowanie sympatyczna. Wypełniona życiem – tego mi brakowało. Dużo i długo rozmawialiśmy przez telefon, parę razy nawet się umówiliśmy. Ale ona była niepoważna. Chyba nie traktowała mnie jako potencjalnego partnera, lecz jak kumpla czy coś takiego. To mi się zdecydowanie nie podobało. Taka sytuacja, przy mojej ogromnej potrzebie bycia obiektem jako mężczyzna. W każdym razie ona była niepoważna. Mówiła, że się spotkamy, że zadzwoni… i nie dzwoniła. Cóż, znając siebie, nie mogłem jej się dziwić, ale zawsze pozostaje takie nie dotarcie. Może jednak zadzwoni, ale po tym, co przeżyłem, nie wiem czy to będzie miało zbyt wielkie znaczenie.

Wstałem z łóżka i ubrałem się. Poszedłem na spacer do parku, jednak tam nie dotarłem. Zatrzymałem się na schodach, kilka sekund po wyjściu z domu. Stałem tak w bezruchu i pozwoliłem swemu ciału nie istnieć. Dziwne uczucie. Odwróciłem się i znów leżałem na swoim łóżku z gitarą na brzuchu. Może ja zadzwonię? Po raz kolejny. To zawsze ona obiecywała i zawsze ja dzwoniłem. Dość. Nie mogę się narzucać. Nie. Może książka? Też bez sensu. Nagle telefon. Szybsze bicie serca i nadzieja. To tylko do mojej siostry. Nie. Zaśmiałem się. Ona żyje, więc jej nie ma. Po co ludziom żyjącym telefony? Przecież i tak nigdy ich nie ma w domu, bo zawsze mają coś do roboty. Paradoks, nonsens. Ja nie chcę tak żyć jak żyję, bo to nie jest życie. Nawet. To jest gnicie wśród konarów drzew. Coś jak sto lat samotności, tylko w rzeczywistości. Ułamki mojej świadomości.

Jako dziecko byłem dobrym uczniem – grzecznym, inteligentnym. Nie było ze mną problemów. Nie umiałem się nudzić. Zawsze wybierałem spośród kilku opcji. Piłka, komputer, telewizja, wyjście na dwór. Czy to było udane dzieciństwo?

Była piękna. Moja gitara. Ale ją straciłem, tak jak wszystko, na czym mi zależało, wszystko, co kochałem. Pozostały tylko wspomnienia. Ale jakże mogłoby być inaczej w świecie, który upada. Tylko wspomnienia.

Wtedy wstałem ponownie. Chciałem iść tam gdzie są ludzie i tak też zrobiłem. Na przystanku autobusowym siedziała staruszka z dwoma wielkimi torbami. Młoda dziewczynka z kotkiem oparta o słup, chłopak w dresie i grupka młodzieży. Wyglądali na wyluzowanych. Trzy dziewczyny i jeden chłopak. Dlaczego nie wziąłem ze sobą scenariuszy? Postanowiłem się nie poddawać. Podszedłem do nich i zaproponowałem teatr. Ich oczy nabrały wspólnej cechy – pojawiło się w nich niezrozumienie. Co? Usłyszałem i spojrzałem na chłopaka, który przerwał ciszę. Wyglądał dodatkowo na zdenerwowanego i z pewnością niepewnego siebie. Moje spojrzenie powoli przepełzło na dwie dziewczyny patrzące na mnie z zaciekawieniem. Trzecia koleżanka była zdecydowanie zdegustowana moją osobą. Postanowiłem się tym nie przejmować. Gdy tłumaczyłem im, o co chodzi, energicznie gestykulując, trzecia powiedziała dupek. Walka wewnętrzna. Jeśli teraz się poddam to wrócę położyć się na moim łóżku i trwać w półbucie, nawet nie żyjąc naprawdę. Znów będę gnił, znów będę nikim nawet dla samego siebie. Nie o to chodzi. Kontynuowałem. Z piwkiem będzie zdecydowanie przyjemniej, lecz prawdziwa przyjemność… tłumaczyłem szczegóły. Nie mogli wiedzieć, co naprawdę miałem na myśli, lecz mimo to nie zwyzywali mnie (za wyjątkiem tej trzeciej). Chłopakowi wyraźnie zaczęło się to… hmm… może nie podobać, ale… chodzi tu o jakieś słabsze słowo. Jedziemy. To była ta trzecia. Autobus. Och nie, nie kiedy byłem tak blisko. Uśmiechnęli się. Uśmiechnęli się i wsiedli. Nie. A dokąd w ogóle jeżdżą takie autobusy jak 169? Nie rozumiem.

Mnie trzeba zrozumieć. Trzeba mi się przyjrzeć – spojrzeć prosto w moją twarz; wiem nie jest to łatwe, lecz to jedyna droga. Mnie trzeba wyczuć. Przebywać ze mną, odbierać moje emocje, wiedzieć, co się dzieje głęboko we wnętrzu. Mnie trzeba zrozumieć. I trzeba wysłuchać tego, co się wtedy stało.

Kolejny dzień przynosi tylko ból, a ja już nie mam ochoty o tym pisać następnej piosenki. Znów pisać o swoim wielkim nieszczęściu? O smutku rozpieszczonego dzieciaka? O nie! Teraz jestem dorosły. I fizycznie i emocjonalnie – już nie umiem kochać. Pełna dojrzałość – idealna sterylność uczuć.

Nie mogłem dłużej znieść nieistnienia. I tego ignorowania. Przecież ja próbowałem. Ja mam świadków na to, że próbowałem narodzić się znów, lecz wszystko szło wspak. I myślałem. Ale umysł tym razem mi nie pomoże. Mózg nie sprawi, by serce biło naprawdę. Jak uderzenia bębnów.

Spacerowałem po nieznanych ulicach, gdzieś na dolnym Mokotowie, a me ciężkie buty wybijały rytm na kamiennych płytach. To było niezwykłe w swojej pustce. I wtedy myślałem o niej. O mojej niepoważnej sympatii, której ani razu naprawdę nie pocałowałem. Ból? Nie, to nie było to; aczkolwiek niezbyt przyjemne uczucie. Wtedy ktoś mnie potrącił. Ramieniem o ramię. Odwróciłem się w jego stronę, on również przystanął, wpatrzony we mnie. Błądzisz jak księżyc. Powiedział. Ja nie rozumiałem. Spytałem skąd wie, że błądzę. On to wyczytał z mojej twarzy! Ha, czymże niby jest moja twarz, że widać w niej wszystko, co robię? Przeznaczeniem – odpowiedział.

To niesamowite. Te jego słowa. On istniał. On naprawdę istniał i to jakby niezależnie od świata, od całego wszechświata. Chociaż z drugiej strony współistniał ze wszystkim, co go otaczało. Tych kilka nic nie znaczących metrów, ale jednak. Aura? Hmm. Te jego słowa – on mówił tak zrozumiale, to było takie oczywiste, a jednak pragnąłem go słuchać, bo słyszałem receptę na życie. Banalną, prostacką… deskę ratunku. Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy z tego, gdzie idę – ja po prostu szedłem z nim. Gdy to zauważyłem, bałem się tego powiedzieć, gdyż liczyłem na pomoc.

Czy on wiedział, co robi potrącając mnie ramieniem? Czy rozumiał, że może stać się moim wybawicielem? Czy specjalnie zasiał we mnie ziarnko nadziei, które we mnie błyskawicznie napęczniało? Moje wnętrzności to idealna pożywka.

Wciąż o czymś opowiadając, kreując obrazy otworzył drzwi. To było wejście do piwnicy. Nie było słowa na temat czy mam chwilkę czasu, czy może chciałbym wejść. To przecież było tak oczywiste. Spotykam kogoś na ulicy, rozmawiam z nim i zabieram do swojego klubu. Tak, to nie była zwyczajna piwnica tylko ekskluzywny klub, pełen tajemniczych przedmiotów, obrazów, malowideł na ścianach, instrumentów muzycznych, pustych butelek, kartonów piwa. Czerwone światła podkreślały kontury mebli. Wszystko było wyostrzone w tej krwawej mgle. Na kanapie spała dziewczyna. Mój towarzysz zgarnął drobne leżące na półce na otwartą dłoń i powiedział. Obudź ją, ja zaraz wracam. Wyszedł.

To nie było łatwe, rozumiecie, zupełnie obca dziewczyna, śpiąca w miejscu, które pierwszy raz na oczy widziałem, ale właśnie chyba niezwykłość tej całej sytuacji pozwoliła mi działać. Nie wiedziałem jak się do tego zabrać, do budzenia, więc pogłaskałem ją po głowie. Otworzyła jedno oko,. Nie chcę by to źle zabrzmiało, gdyż dla mnie sytuacja była piękna, ale tak właśnie się stało. Byłem gotowy na krzyk z jej strony, rozważałem nawet możliwość ucieczki, myślałem, że będzie zaskoczona i zła. Ale ona się do mnie uśmiechnęła. Przytul mnie, bo zimno. Powiedziała zaspanym głosem. Akceptacja mnie? Mnie? Zawahanie. Lecz ona była piękna. Tak mi się przynajmniej wydawało. Przytuliłem ją. Nawet niezdarnie wgramoliłem się na kanapę, by wygodniej mi było objąć ją ramieniem. Wzruszenie. Poczucie ważności. Znów zawahanie. A ona to wyczuła. Wiedziała, że chciałem coś powiedzieć, ale nie potrafiłem. Nic nie mów. Pomyślałem. Nic nie mów. Usłyszałem. Chwila ciepła. I kolejna. Ona w końcu przecięła ciszę delikatnym głosem. Czy wiesz, że ciepło jest światłem dwustronnym? Z reguły nie lubię pseudo-filozofii, lecz w jej ustach brzmiało to naprawdę słodko. Moja twarz jest oświetlona tylko z profilu. Odpowiedziałem. Ona natychmiast pocałowała mnie w policzek. Z tej strony? Spytała. Tak, to chyba ten profil. Przekręciła lekko moją głowę i złożyła pocałunek na drugim policzku. Wyczekiwała, wpatrzona we mnie. Nie panowałem nad słowami. To równowaga duszy. Cieszę się. Odpowiedziała. Chciałem spytać o jej imię. Nie, nie pozwoliła mi. I dobrze. Potem zrozumiałem swoją głupotę.

Słowo na początek. Właśnie tak to się zaczyna. Od słów. I od nadziei. Teraz jest tylko wspomnienie jednorazowego szczęścia. Tak, szczęście jest jednorazowego użytku. Upadłem. Znów. Choć jedynie z kolan, ja to odczułem jak lawinę.

Teraz kopię dół wraz ze wszystkimi ludźmi, o których marzę, którzy byli moją nadzieją. A nadzieja zgasła. Wszystko już może być tylko wspomnieniem tych chwil, które minęły. I ta świadomość, że już nigdy nie przeżyję czegoś równie pełnego, mnie łamie. Mimo iż nie chcę być starcem, przestraszonym przez monotonię życia i opowiadającym wciąż te samą historię. Historię triumfu.

Chwile z nią były miłe. To bardzo proste, lecz absolutnie prawdziwe. Te zmazy upojenia życiem pozwoliły mi zapomnieć. Wtedy nic nie pamiętałem. Trwała chwila i to się liczyło. Leżeliśmy przytuleni i …

Zaliczyłem ją! Zaliczyłem. To wspaniałe i takie nie realne. Znaliśmy się zaledwie parę minut i to w miejscu, które jeszcze dzień wcześniej nie istniało dla mnie, które jeszcze dzień wcześniej nie miało prawa istnieć. Ona była cudowna – to chyba był instynkt. Te wszystkie pieszczoty, esencja namiętności, szał zmysłów, cudowne uniesienie, spełnienie najskrytszych marzeń. Znów leżeliśmy przytuleni do siebie. Nadzy. Szczęśliwi. Nadzy i szczęśliwi.

Teraz sam nie wiem czy się cieszę na myśl o tamtym zajściu. Może już nie umiem w ogóle się cieszyć. Ani ze wspomnień, ani z formalnych uprzejmości, które teraz mnie otaczają, a nie znaczą nic. Ani z kompensacji sztuką. Chyba nie istnieje zastąpienie. Wszystko się wypaliło, skończyło. To koniec. A ja zapomniałem zrobić tak wielu rzeczy przed końcem. Dobrze tylko, że przed końcem przeżyłem to, o czym chcę teraz opowiedzieć.

Czy jest na świecie ktoś, kto tak samo jak ja nic nie robi? Jeśli tak niech się ze mną skontaktuje; natychmiast! Czemu oboje mamy siedzieć bezczynnie w swoich domach, jak moglibyśmy się spotkać, a ja bym tej osobie coś opowiedział.

Leżałem całkowicie wypompowany, wtulony w jej białą pierś. W głowie mi szumiało ze szczęścia i przez te delikatne szumy przebiły się jej słowa. On cię tu przyprowadził? Potwierdziłem i zapytałem kim on jest. Zanim go spotkałam byłam nikim. Ja nazywam go rycerzem, lecz może być wszystkim, czym pragniesz by był. Ucieczką? Spytałem w myślach. Kontynuowała. Pewnego dnia po prostu mnie tu przyprowadził. Teraz żyję. W tym momencie ktoś wszedł do klubu. Przykrył nasze nagie ciała delikatną narzutką i zniknął. Nie widziałem jego twarzy. Dziewczyna, której mienia nawet nie znałem, ściągnęła z nas narzutę, owinęła się w nią i usiadła na fotelu obok, nie patrząc na mnie. Zachowywała się jakbym to ja już wyszedł, a nie tylko ta tajemnicza postać. Nie patrzyła na mnie, lecz ja sam nie mogłem znieść swojej nagości, więc ubrałem się. Siedziałem nie wiedząc, nie myśląc – nie wiedziałem co myśleć.

I on wszedł. Ten chłopak co nas przykrył przed chwilą. Miał około dwudziestu lat, może więcej, skórzaną kurtką i łysą głowę. Przyniósł wino. Nie tanie wino. To było wino reńskie, dobre – już takie kiedyś piłem. Postawił wszystkie cztery butelki na podłodze. Powoli i w ciszy odkorkował pierwszą.

To było takie łatwe. Już nie musiałem formować swego bólu w bezkształtną masę, którą mógłbym wypluć i zbudować chwilę ulgi. To była beztroska idealna błogość. To wszystko po prostu działo się, nie musiałem walczyć o życie, gdyż to ono mnie znalazło. Byłem częścią tej historii, nie najważniejszą, lecz to nie miało znaczenia. I to mi odpowiadało.

Nie pamiętam, kiedy przyszło jeszcze kilka osób do klubu i kiedy ilość butelek się podwoiła. To nie miało znaczenia. Naprawdę. Tylko ta ciągłość. Ten bezustanny rytm, który nie sprawiał wrażenia monotonii. Ci wszyscy ludzie zdawali mi się bliscy. Poddałem się im. Nieprzerwane rozmowy, ktoś zagrał na gitarze, ktoś zaśpiewał. Można było tańczyć, można było nie myśleć. Nie myśleć. Po prostu dostawałem to, czego chciałem, na co czekałem.

Poszliśmy do jakiegoś ogrodu, robiliśmy grilla, piliśmy piwo, bawiliśmy się. Tak, to był smak zabawy. Gdy niebo stało się czerwone. Całowałem się z jedną z dziewczyn, a moja wcześniejsza kochanka z inną. Niesamowite. Później spacer po parku. Kąpaliśmy się nago w jeziorku, wszyscy. Potem się obudziłem.

W zasadzie to zostałem obudzony. Przez dziewczynę. Nigdy jej wcześniej nie widziałem. On kazał mi cię obudzić. Tłumaczyła jakby czuła się winna. Ja tylko się uśmiechnąłem i pocałowałem ją w usta. Była zdziwiona. Przespacerowałem się po pomieszczeniu – symbol mojego panowania. Ja tu nie jestem obcy. Ona patrzyła na mnie wzrokiem pełnym nadziei i wyczekiwania. Zdecydowałem się nie robić nic.

To było takie normalne – obudzić się wcale nie w swoim łóżku, nawet nie pamiętając, kiedy tu wróciłem. Nigdzie nie widziałem wczorajszych znajomych. Sen? Przemknęło mi przez myśl. Mimo wszystko czułem się panem sytuacji.

Kim on jest? Zapytała. Szczerze mówiąc sam nie wiedziałem do końca, lecz powoli zaczynałem rozumieć. Pomostem. Odpowiedziałem. Rozważałem w myślach seks z tą dziewczyną. Podobała mi się, lecz o dziwo moja nieposkromiona żądza nie dawała o sobie znać. Dziewczyna chciała o coś zapytać, lecz jedynie położyłem jej palec na ustach, by zamknąć słowa we wnętrzu. Stwierdziłem, że powinienem wyjść, wrócić do domu i tylko wspominać co parę chwil moje przeżycia, ale to miejsce – tak dobrze się tutaj czułem! Aczkolwiek przestawało być moje, było tu coś, czego się bałem – szczęście, za chwilę którego musimy płacić niewspółmierną cenę w cierpieniach i koszmarach. Wyszedłem. Lecz nie – jedynie w swojej wyobraźni. Chora fascynacja, której niewolnikiem się staję. Jeden dzień minął. Szybko, może nawet zbyt szybko. Nie, to chyba nie jest szczęście. I byłem głodny. Jak zwykle gdy się przebudzę, jak zwykle gdy idę spać i gdy wracam do domu. To kolejna obsesja, której się nie da spełnić. Idealny głód. Potrzeba. Pustka. W brzuchu. W bezruchu. Widok świec zaostrza mój apetyt. I łaknienie. W poszukiwaniu jedzenia tracę siły. To tylko mała rzecz, a może zabić wielu.

Czułem się dobrze. Zdecydowanie. Chyba jak jakiś półbóg, bo tu wszyscy mogli stać się półbogami. A ona ciągle na mnie patrzyła. Chwile milczenia. Moja absolutna gra. Nie. Są rzeczy okrutniejsze, do których byłbym zdolny. Wtedy myślałem, że jestem zdolny do wszystkiego – jakże się myliłem. O czym marzysz? Spytałem. By słowa przestały być dwuznaczne. Z jej oczu biło podniecenie. Pragnę by można je czytać na wiele, wiele sposobów – dwa to za mało. Zaiste. Mądre spostrzeżenie. Delikatnie zachwiała moje myśli. Nie lubisz oczywistości? Spytałem i dodałem od razu. Gdy słyszysz słowo taniec, nie myślisz o tańcu, co? Szukasz! Ona wstała z łóżka i zaczęła się rozbierać. W rytm jakiejś wewnętrznej muzyki. Tańczyła. Jej plastyczne ruchy, jej delikatne ciało gięło się w niesamowite kształty i gdy już nie miała na sobie nic rzuciła się na mnie. Jak kocica, jak samica pająka, jak chciałem najbardziej. Dzikie! Tak. To było dzikie. Tak. Agresja. Tak. I seks. Tak. I jej paznokcie. Tak. I jej usta. Tak. Raniły. Rytm naszych ciał.

Wtedy nie wiedziałem, nie zdawałem sobie sprawy…cicho, zdrajco.

Wyczerpane zwierzęta przestały się płodzić i skierowały swe ociężałe kroki do jaskiń, w których samice mogą spokojnie się wylegiwać. A samce oddychać głęboko w swojej sjeście.

I znowu przyszli ci ludzie i wyszliśmy na zewnątrz. Tam czekał on. Nasz władca i pan. Ten, co dał nam szczęście. Zgasił papierosa pod ciężkim butem i wsiadł do furgonetki. Zaczęliśmy wchodzić za nim. On siedział za kierownicą, reszta z tyłu. Mnie poprosił, bym siadł z przodu. Zanim wszedłem moja samica wyszeptała mi do ucha. Odejdź zanim…i usiadłem na przednim siedzeniu koło kierowcy.

Magia, rozumiesz, tłumaczyliśmy sobie, czym jest magia i cały mistycyzm. Przeklinaliśmy egzorcystów i wypełnialiśmy nasze umysły czarami. To musiały być czary. Nie. Wtedy to czułem, byłem pewien. Jak narkotyk, pierwotna magia wisiała w powietrzu.

Niewolników zaprowadzono na klif. Opowiadała mi babcia, gdy jeszcze żyła. Bicze, baty, pejcze. Ich plecy krwawiły tysiącem ran. Niczym pająki musieli spuszczać się na linach klifu, mając nadzieję, że zdążą na dół zanim ktoś przetnie linę. Ich plecy ocierały się o zbocze, a ich krew była lepka i broczyła skalne ściany czerwonymi znakami strachu. I żaden z nich nie przeżył. Ktoś tam na górze poprzecinał wszystkie sznurki życia. Ale gdy pojedynczy sęp szykował się do nurkowania na dół, na żer, gdyby tylko umiał czytać mógłby przeczytać na skale czerwony napis w starożytnym języku. Sekta.

Dojechaliśmy na miejsce. To musiała być magia. Ten sad, ten ogród. Miliony winorośli rozświetlało się dojrzałymi owocami. Raj. Swoboda. Nie. Sielanka. I wtedy przebraliśmy się w stroje starożytnych rzymian. Mieliśmy nawet listki laurowe. I niczym bogowie Asgardu rozsiedliśmy się w wygodnych koszach. I wszyscy wszystkich karmili winogronami. Wszyscy. Niesamowite przeżycie, gdy leżąc na plecach wciskasz komuś do ust dojrzały czarny owoc, zielonkawa kiść w delikatnej dłoni wisi nad Twoimi ustami. Wszyscy w tych cudownych prześcieradłach, półnadzy, błodzy… To ja. To chyba ciągle ja. Wiele przeżyłem, jeszcze więcej wycierpiałem, ale to przecież wciąż ja, nie ktoś inny. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie chcę. Chcę pozostać sobą. Kiedyś śniłem, mogłem jedynie śnić i marzyć, że jestem kimś innym. Ale teraz mam nadzieję, że jednak pozostałem sobą.

Ci wszyscy ludzie mieli barwę. Nie rozumiałem tego, ale nie byli tacy, jak masa szarych jednostek, oglądanych codziennie w metrze. Nie byli kulą, w którą artyści wpluwają swoje odchody, tylko pojedynczymi, indywidualnymi jednostkami. Każdy miał swoją osobowość i swój styl. Jedyny. Niepowtarzalny. Mieli dla mnie własne kolory – każdy swój własny unikatowy – a to trudne. Być jednostką. Członkiem masy jednostek.

Pająki lubią ciemność. Może nawet bardziej niż ja. Można je spotkać w starych chatach lub drewnianych szaletach. Tych prawdziwych jedynych władców świata. Bo to one produkują najmocniejszą substancję – swą pajęczą nić. I tak tkwię zawieszony w próżni, złapany w sieć; przyklejony i bez sił. Gigantyczny pająk łypie na mnie czerwonymi oczyma, mówiąc: „ty próbowałeś być jednym z nas”. Zbliża się tym swoim oślizgłym włochatym ciałem i z kapiącą śliną. Kto jest silniejszy: człowiek czy król? Co jest silniejsze: zwierzęce instynkty ukryte w człowieku czy też pierwotna wściekłość wszystkich potworów?

A kim się okaże ten chłopak? Spytacie. Ten mężczyzna, co zabrał mnie z ulicy do swojego klubu i napompował mnie życiem. Pytajcie. No dalej, pytajcie! Macie prawo pytać.

Potem dni mijały szybko. Wieczna zabawa, błogość, szaleństwo. Tak, wtedy potrafiłem przejść na drugą stronę szaleństwa, jeśli tylko ktoś trzymał mnie za rękę. Ktoś kiedyś powiedział. Szaleństwo to taka kraina, w której nigdy nie brakuje wina. Uśmiechnąłem się, ale to nie o to chodzi. Spędziłem z tymi ludźmi wiele czasu. Pewnego dnia nawet dowiedziałem się jak on ma na imię. Nie wyobrażałem sobie innego życia. Krystian spełnił nasze marzenia i wypełnił nas po brzegi szczęściem. Nas. Znajdy z ulicy. Nie umiałem już żyć inaczej.

Te wszystkie pocałunki, które nawilżały moje usta każdego dnia. Było w nich coś niesamowitego. Nigdy wcześniej nie czułem aż tak wyraźnie pewnych rzeczy. Coś się stało bardziej wymowne a coś o wiele przyjemniejsze. Zapomniałem. Zapomniałem i zatracałem się. W jakiś sposób. Od dnia, kiedy po raz pierwszy pojawiłem się w klubie, ciągle się całowałem. A te pocałunki napędzały mnie na całe dnie (nawet prawie nic nie jadałem jak na mnie) Dzięki nim znajdowałem w sobie siłę. Pewna ponadczasowa energia, niczym żywioł szalejący w moim ciele. I szczęście, które się nie kończyło. Zastanawiałem się czasami – przebłyski świadomości – czemu te nieraz proste sprawy tak mnie cieszą i napawają radością… Przecież czasem wcale nie robiliśmy nic fantastycznego. Przecież tajemny mistycyzm nie towarzyszył nam w każdej chwili.. Przecież niektóre czynności uznałbym za wręcz nudne w normalnym życiu. Zastanawiałem się i po chwili kolejny pocałunek wyciągał mnie z neuronicznej świadomości i zapraszał w moje nowe życie. Niewolnicy uzależnieni od szczęścia.

Pewne rzeczy zaczęły się powoli wyjaśniać. Bardzo powoli. Zmiany zachodzące w moim umyśle stały się wyczuwalne. Wręcz namacalne. Ewolucja tudzież cofanie. Mózgowa rewolucja alternatywnych stanów świadomości. Byłem taki prosty i równocześnie bardziej skomplikowany niż najtrudniejszy algorytm. Moja sesja się rozpoczęła z dniem kiedy poznałem Krystiana.

Tak to on. Ten chłopak, który zabrał mnie z ulicy do swojego klubu. Ten człowiek, który zmienił moje życie. Ten marzyciel podobny do mnie. Rycerz wszystkich kobiet. Jeden człowiek. Krystian. Zakochałem się w nim. On nie wykazywał zainteresowania żadną dziewczyną. Ani jednej nie pocałował, ani jednej nie dotknął. Przynajmniej nie na moich oczach. Wydawał się marzyć poza światem ciała. Odizolowany od wszystkich żądz, które fascynowały całą resztę. On wszystko dawał nam, nie zatrzymywał nic dla siebie. Tak jakby to nasze cudowne szczęście było zatrute. Coraz częściej musiałem się przed nimi wszystkimi chować, by leżeć w drgawkach w jakimś kącie. Zaczynałem się łamać. Nie umiałbym odejść, bo nie mógłbym się męczyć dłużej niż kilka godzin. Nie wytrzymałbym. Więc wytrząsłszy z siebie zło, wracałem.

Aż wreszcie zrozumiałem. Cholera! Wszystko stało się jasne. Te wszystkie pocałunki. Usta tych wszystkich kobiet wstrzykiwały we mnie narkotyk pocałunkami. Okrutne krwawe zabijanie szczęściem. Usta, które raniły. Nie moje wargi, nie moją duszę. Ale mój organizm, który słabł. I nie umiał żyć bez narkotycznych pocałunków.

Świat jest zły. Bo widzisz, marząc i próbując mieć nadzieję, anioły zazdroszczą Ci i ranią palce, którymi trzymasz się szczytu. Spychają. Im silniejszy się stajesz, tym z większą nienawiścią atakują Cię, tworząc własne grzechy. W imię inkwizycji. W imię boga. Usprawiedliwienie.

Spojrzałem na Krystiana z ognistym gniewem w oczach. To on wszystko ułożył. To on wszystko wymyślił. Rozkazywał swym niewolnicom, by usidlały mnie i rozmiękczały narkotycznymi pocałunkami. Reszta należała już tylko i wyłącznie do mojej fantazji. I mojej samotności. Ta dziewczyna, którą obudziłem tam pierwszego dnia była podstawiona. Ta dziewczyna, która obudziła mnie nazajutrz też wykonywała jedynie rozkazy. Ta dziewczyna, która próbowała mnie ostrzec, lecz nie miała odwagi.

Świadomość. Słodka świadomość przekleństwem. Co miałem zrobić? Byłem w pełni uzależniony. Uzależniony i świadomy swojego krwawego uzależnienia. Nie mogłem odejść. Było już za późno. Nie mogłem zabić Krystiana, bo bym nie potrafił. Zresztą to i tak by nic nie zmieniło. Więc co?

Dość rozmów o magii i egzorcyzmach! Wystarczy tych Twoich okrutnych gierek! Sparaliżowany strachem wykrzyknąłem mu prosto w twarz. Nie będę patrzył bezczynnie na to, co Ty ze mną robisz. Nie zgadzam się. Moje bijące serce. Moja odwaga przerażała mnie. Moja szczerość. Jego spokojna twarz była pełna niezrozumienia. Czyżbym…? Spokojnie. Powiedział. Znowu błądzisz w swoim umyśle i oddajesz się fantazjom, które mogą jedynie niszczyć Twoje życie. Te Twoje wymysły – o co naprawdę Ci chodzi? Jego głos zabrzmiał tak opiekuńczo. On był przejęty. Co się w Tobie dzieje? Opowiedz mi. Pragnę poznać złe duchy Twojej duszy, a potem pomóc Ci je zabić. Jeśli tylko przyjmiesz moją pomoc. Wsłuchiwałem się w brzmienie jego głosu. Ciepłe i słodkie. Pełne opiekuńczych, macierzyńskich uczuć. On, on… Pocałowałem go. Tak. A potem przytuliłem się do niego mocno, by uciszył huragan mojej duszy.

Tamtego dnia nie opuszczał mnie nawet na krok. Prowadził za rękę, opowiadał, wyjaśniał wszystko. Mówił, że gdy był młodszy przeżywał podobne rzeczy, jak ja wtedy. I streszczał, w jaki sposób je pokonywał. Już nic się nie liczyło, tylko on. A ja już nic nie wiedziałem, nic nie rozumiałem, tylko on istniał dla mnie naprawdę. Ta jego bliskość. Krystian. Tamtej nocy powtarzałem często jego imię na głos, zanim zasnąłem, przytulony do jego boku. I znowu węże wiją się w umyśle. A ich oślizgłe ciała pływają po moich udach. Owijają się wokół mnie. Przekazują swój śluz. I wszystko zaczyna się od nowa. Gdy zrozumiałem, że takie będzie moje życie. Jak ten lepki śluz. Czasem nie rozumiem siebie. Zmieniam się w sposób w ogóle nie kontrolowany. Jakbym nie znał siebie. Jakbym nie umiał siebie poznać. Kto mnie zna? Tak naprawdę.

Kolejny kawałek mięsa w moich ustach. Kilka kropel świeżej krwi, wypływających z kącików moich ust. Spojrzałem na Krystiana. On jak zwykle poza wszystkim. Tylko ja jem mięso.

Nie było mi łatwo przyzwyczaić się do śmierci. Lodowy chłód ciał zastygłych w wiecznym bezruchu paraliżował mnie tak jak te szklane oczy wpatrzone w nieskończoność, będące cmentarzem duszy. Zapach gnijących ciał osłabiał mnie jak i widok starych niezabliźnionych ran, a martwa tkanka nie potrafiła już regenerować. Ale gdy przypadkiem, głęboko w piwnicach znalazłem to miejsce… To była ich umieralnia. Nie. To była nasza umieralnia. Od pewnego czasu zastanawiała mnie rotacja ludzi w naszej… społeczności. Bo jeżeli nikt nie potrafi tak po prostu odejść (tak jak ja), to co się dzieje z tymi młodymi ludźmi, którzy znikali? Zrozumiałem. Dla moich oczu przeznaczone było tylko piękno, które codziennie oglądałem, które codziennie przeżywałem, a nie przerażający obraz tego, co się ze mną stanie później. Ale przecież wcale nie tak późno! Przecież to są ludzie młodzi! Dwudziestolatki leżące na pryczach niczym na szpitalnych łożach, czekając na śmierć, by dołączyć do swoich kolegów. Ich białe twarze. Wyglądali na starców. Patrzyłem na nich przez chwilę: na żywych leżących obok martwych, i niektórych nie umiałem zaklasyfikować do żadnej z tych grup. Dlaczego? Dlaczego oni umierali tak młodo? Ja nie jestem gotowy, by umrzeć… młodo. Czyżby to te wpluwane w nas...

Narkotyki.

Nie było mi łatwo przyzwyczaić się do śmierci. Ale chodziłem tam prawie codziennie. Po kryjomu. Pod osłoną nocy. W środku dnia. A to było smutne. Bo ja widziałem tam swoją przyszłość. Tak namacalnie, bo niektóre z tych twarzy poznawałem. Widziałem tam dziewczynę, którą jako pierwszy spotkałem w tej… społeczności. Wtedy w klubie, gdy Krystian zostawił mnie z nią, śpiącą. Ona jeszcze żyła, ale chyba już niedługo. Stałem tam ogłupiony, na samym środku tej białej Sali. I krzyknąłem. Nie!. To nie może być moja przyszłość! To nie może być.

Pamiętam opowieść mojego ojca. O niemieckich obozach koncentracyjnych, gdzie przeżywali tylko najsilniejsi i najinteligentniejsi zarazem. O mężczyźnie nazywanym Szczurem, który by przeżyć sprzedawał nowym więźniom szczurze mięso, mówiąc, że to wołowina. Później zastanawiałem się, czy tym ludziom i tak nie było wszystko jedno. Czy przypadkiem nie woleli wierzyć, w jego słowa, bo wtedy było łatwiej przełknąć te kawałki twardego szczurzego mięsa. Bo łatwiej jest przełknąć prawdę, gdy się w nią do końca nie wierzy.

Powoli dochodziłem do wniosku, że…

Jest coraz gorzej. Z każdym dniem ulegał pogorszeniu mój stan zarówno fizyczny jak i psychiczny. Już nie umiałem się bawić, cieszyć się dniem. Tą niezwykłością podaną mi niczym surowica. To właśnie ta niezwykłość mnie zabija. To cena za szczęście. Jednorazowe szczęście.

Chciałem uciec. Naprawdę chciałem. Wrócić do domu. Odnaleźć rodzinę. Zwrócić się o pomoc do szpitala. Tak. Byłem zdesperowany, ale do szpitala chyba bym nie poszedł. Już nie. I walczyłem z myślami, niedającymi zasnąć, walczyłem z bólami, które zaczęły mnie regularnie odwiedzać i ze słabością, co tak naprawdę żyła we mnie od zawsze. Pomóż mi. Wyszeptałem z trudem powstrzymując się od płaczu. Krystian milczał; nawet na mnie nie patrzył. Już od dawna nie brałem udziału w żadnych wyjazdach, zabawach, nie chodziłem nawet do klubu. Nie interesowałem się już dziewczynami – dość mnie zatruły w moim życiu. Wystarczy. Nie robiłem nic prócz walki z chorobą i… Zdecydowałem się wprowadzić do umieralni. I pragnąłem jedynie spisać swoje wspomnienia, by może kiedyś komuś wpadły w ręce. I by może kiedyś ktoś choć przez chwilę zapłakał nad moim losem. Nad mym czarnym losem.

Pająki lubią czerń zmieszaną ze zgniłą zielenią. W tych mrocznych blaskach mogą spokojnie wić swoje sieci i polować na ludzi. Te zwierzęta jednak nie są złe. Może niektórych odrażają ich włochate cielska i produkowany oślizgły śluz.

Może jest ktoś na świecie, kto się ich boi. Tych mikroskopijnych potworów. Ale nie są złe. Jedynym złym zwierzęciem jest człowiek. I to on napawa mnie obrzydzeniem.

Krzyk pająka, który zrozumiał jak bardzo innym wydawało się życie. Tak wiele zmysłów, tak wiele pragnień, a tak mało pajęczej sieci. Nieuniknione realnym się staje, a zniewolone pisklę do życia się rodzi, wtedy rozumiesz, czym jest przeznaczenie. Wtedy rozumiesz... choć możesz się z tym nie zgodzić.